piątek, 24 lutego 2017

Zotter Firewood Brandy ciemna 70% nadziewana czekoladowo-karmelowym ganaszem z brandy z palonego drewna iglastego i miodem


 Zotter posiada w swej ofercie wiele alkoholowych tabliczek Handscooped, które to zawsze przykuwają moją uwagę. Już nie raz bardzo mnie zaskoczyły, że wspomnę tylko o Vodka czy Mountain Gentian. W najnowszej kolekcji nadziewańców austriacki mistrz czekoladowej kreatywności prócz kilku wariacji na temat wina znalazł miejsce także na nietypowe brandy. Swoją tabliczkę Firewood Brandy, z przyciągającą wzrok ilustracją na froncie opakowania, zakupiłam poprzez foodieshop24.pl - Was również odsyłam do tego sklepu!


 Teraz pomysłowość Zottera przekroczyła czekoladową granicę - postanowił sam stworzyć alkohol, który następnie połączy z czekoladą. Prażone i karmelizowane gałązki świerku, modrzewia i sosny zostały dodane do brandy z cukru trzcinowego, tworząc niezwykle aromatyczny trunek. Dalej, Zotter umieścił go jako składnik czekoladowo-karmelowego ganaszu, przyprawionego miodem, cynamonem i wanilią. Wszystko zostało polane ciemną czekoladą o 70% zawartości kakao. Po tą rozgrzewającą mieszankę sięgnęłam, gdy mnie wraz z Mężem próbowało nieskutecznie powalić jakieś choróbsko - potraktowaliśmy ją jako element niezwykle przyjemnej terapii.


 Jednolita, połyskująca tafla ciemnej kuwertury uwodziła bogatym aromatem, kryjącym w sobie nuty alkoholowe, wyraziście kakaowe, nieco piernikowe i miodowe, a także intrygujące iglaste niuanse. Takie zapachy działają na mnie niesamowicie! Po przełamaniu tabliczki na pół zauważyliśmy, że jaśniejsze o dobrych kilka tonów nadzienie jest dość zbite. Uhh, dopiero teraz z prawdziwą mocą uwolnił się zapach Firewood Brandy!

Alkohol przesiąknął do samej kuwertury, więc kakaowa powłoczka stworzyła prawdziwą jedność z ganaszem. W tym wypadku trudno rozwodzić się nad walorami samej ciemnej czekolady, tym bardziej, iż samo nadzienie również jest mocno czekoladowe. Moje pierwsze skojarzenie podczas przegryzania się przez całość tabliczki to czekoladowy tort nasączony dobrym alkoholem. Dopiero po chwili spod czekoladowo-alkoholowego uścisku wyłania się niesamowity gość - aromatyczne igliwie.


 Powoli, lecz gładko rozpuszczająca się w ustach kompozycja zaskakuje głęboko w gardle odświeżającym, wyrazistym posmakiem dobrej ziołowej nalewki. Poczułam się, jakbym piła jakiś wykwintny alkohol sporządzony na miodzie, siedząc wygodnie na fotelu przy pachnącej lasem świątecznej choince, zajadając przy tym smakowite pralinki z prawdziwej czekolady, wypełnione delikatnym nadzieniem karmelowym. Firewood Brandy jest pełna, sycąca, dopracowana od A do Z. Moim zdaniem - idealna na firmowe spotkanie wigilijne, jednak klasyczne i utrzymane w poważnym tonie, nie tak jak w przypadku Silver Firs.


 Bardzo podobało mi się, jak spod czekolady, alkoholu i tych intrygujących nut igliwia oraz drewna, podczas trwania degustacji stopniowo coraz wyraźniej ukazywały się karmel i miód. Kompozycja, która na początku zafundowała nam mocne uderzenie, z czasem łagodniała, płynnie przechodząc w słodsze klimaty. Zaletą czekolady okazał się również fakt, iż jest ona pozbawiona aptecznego posmaku, czego nieco się obawiałam czytając skład. Na pewno jest to propozycja godna polecenia dla fanów mocniejszych alkoholi. Z chęcią powróciłabym do tej tabliczki, mając ochotę na coś rozgrzewającego, a przy tym niekorzennego.


Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, brandy z palonego drewna (alkoholowy ekstrakt z modrzewia, świerku i sosny), pełne mleko w proszku, karmel w proszku (odtłuszczone mleko, serwatka, cukier, masło), mleko, syrop cukru inwertowanego, miód, pełne mleko w proszku, sól, lecytyna sojowa, wanilia, cynamon.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 528 kcal.
BTW: 5,9/33/41

środa, 22 lutego 2017

Akesson's Brazil Fazenda Sempre Firme 75% Forastero & Coffee Nibs ciemna z kawą


 Dziś opisywana tabliczka jest jednym z moich najnowszych nabytków z Sekretów Czekolady. Wprawdzie w Magicznej Szufladzie czekają już na mnie dwie inne propozycje londyńskiego Akesson's oparte na brazylijskim kakao - analogiczna ciemna 75% bez dodatków oraz mleczna 55% - jednakże postanowiłam najpierw sięgnąć po wersję z kawą. Stało się tak przede wszystkim dlatego, iż chciałam ją porównać ze zmysłową kawową Republica del Cacao z Kolumbii, mając jeszcze na świeżo w pamięci jej smak.

Opakowanie czekolady jest z tyłu opatrzone ciekawym opisem historii posiadania przez Bertila Akesson i jego brazylijskiego wspólnika plantacji Fazenda Sempre Firme położonej wśród dzikich lasów deszczowych regionu Bahia. Hodowane tam kakao nie jest "zwykłym Forastero", lecz lokalną odmianą "parasinho". Żeby było jeszcze ciekawiej, zatopione w tabliczce w ilości 5% kawowe nibsy wykonane są z delikatnie prażonych ziaren kawy wyhodowanej w tym samym regionie, na tej samej glebie, w tych samych warunkach. Bukiety kakao i kawy mają okazję wzajemnie się przeplatać, uzupełniać - ukazując nam smakową esencję brazylijskiej Bahii. Po wizycie na plantacji kawy Don Manolo w Kolumbii mam jeszcze większą fiksację na punkcie takich niuansów.


 Bardzo ciemna, poważna tabliczka po przełamaniu, któremu towarzyszył uwodzicielski trzask - praktycznie nie miała w sobie śladów kakaowych nibsów. Wskazywało to na fakt, iż są one bardzo drobne, podobnie jak w kawowej Republica del Cacao. To była dla mnie dobra wiadomość - nic nie powinno mi przeszkadzać w czerpaniu radości z samej czekolady, kawa miała szansę subtelnie ją uzupełniać.

Czekolada pachniała niezwykle delikatnie, zresztą, w dotyku również taka była - bardzo aksamitna. Woń określiłabym przede wszystkim jako kwiatową, odrobinę liściastą, taką jesienną - jak spacer pośród klombów w słoneczny dzień złotej polskiej jesieni. Rodzimy akcent był zaskakujący przy świadomości, z jakiego rejonu pochodzi kakao. Kawowy aromat również się pojawił, mieszając się z ziemistością i lekką karmelowością kakao. Po wizycie w Don Manolo dobrze znam zapach delikatnie palonej kawy (większość kaw dostępnych u nas jest palona bardzo mocno), toteż ów kwiatowo-owocowy akcent przypominał mi rozkoszne chwile pośród kawowych krzewów.


 Kakaowo-kawowa fuzja z Brazylii okazała się bardzo gładko rozpuszczać w ustach, wypełniając je miękko i przyjemnie, jednak bez tak wielkiej namiętności jak kolumbijska Republica del Cacao. Od samego początku do akcji wkroczyły chrupiące drobinki kawy, pieszcząc podniebienie łagodnym, acz charakterystycznym smakiem - pobudzającym, słonecznym miksem kwiatów i owoców, z nutami karmelu i miodu. Nie jest to typowe kawowe uderzenie, do jakiego byliby przyzwyczajeni typowi europejscy "pijacze" kawy. To niezwykle aromatyczne tchnienie, ze spójnością wzbogacające czekoladową głębię.

Sama czekolada? Cóż, jestem ciekawa, jak odbiorę ją w wersji czystej, bez dodatku kawy. Prócz miłej gładkości charakteryzuje się bądź co bądź dość poważnymi, usystematyzowanymi nutami. Naprawdę mnie tym zaskoczyła, nie ma tu dzikości brazylijskiego karnawału czy też bogactwa nieprzebytej dżungli. Motyw spaceru przez spokojny jesienny park powraca nieustannie. Mnóstwo w tej czekoladzie nut drzewnych i ziemistych, różnych jednak od tych charakterystycznych dla Indonezji. One były tutaj w dużej mierze uładzone, uspokojone.


 Dziewczyna z dobrego domu spaceruje parkową aleją ubrana w prosty płaszcz. Jej głowa wypełniona jest klasyczną poezją, gdy na pobliskie parkowe stawy z lekkością opadają kolorowe liście. Kwaskowato-goryczkowe motywy roślinne stanowią szczególnie ważne spoiwo z kawą. Nie ma tu szaleństwa, jest jesienna melancholia. Dziewczyna pozostawia za sobą słodkawy zapach waniliowych perfum. Raz po raz pojawia się pozornie mącący spokój aromat tytoniu, pozostawiany przez przechodzących obok zamyślonych mężczyzn - by po chwili wkomponować się w pachnący liśćmi, drewnem i ziemią słoneczny park.

Czekolada nie uderzyła mi do głowy z jakąś niezwykłą mocą. Była smaczna, lecz spokojna, harmonijnie dopracowana. Niczym owa dziewczyna z parku, kryła w sobie zasady, których nie zamierzała się wyrzekać. Poetycka, nostalgiczna, klasyczna. Jej smak nie zostaje z nami długo, odchodzi w którąś z alejek, jakby bała się zawierania znajomości na dłużej...

Ciekawostką jest fakt, iż producent w opisie na opakowaniu, wśród wyczuwalnych nut smakowych w tej czekoladzie wskazuje na lokalny owoc - pitangę. Wrzucając nazwę w wyszukiwarkę nawet nie spodziewałam się, że miałam okazję jej próbować, i to na kolumbijskiej plantacji kawy! Rzeczywiście, jej kwaskowaty, specyficzny posmak można porównać z nutami kwiatów i liści występującymi w tabliczce.


Jestem dopiero na początku eksploracji czekolad Akesson's (to była moja trzecia tabliczka od nich), w przeciwieństwie do Kimiko, która zdążyła się w już totalnie zakochać w tej marce. Nie zaprzeczę, Akesson's próbuje mnie uwodzić, ale jeszcze musi czymś naprawdę mocno trafić do mojego serca. Będzie miał jeszcze ku temu okazję - w Magicznej Szufladzie czekają na mnie nie tylko pozostałe brazylijskie propozycje, ale też inne produkty.

Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, kawowe nibsy 5%, lecytyna sojowa non-GMO.
Masa kakaowa min. 75%.
Masa netto: 60 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 575 kcal.
BTW: 9,3/45,81/31,37

poniedziałek, 20 lutego 2017

Zotter Mango Preda mleczna 40% nadziewana ganaszem z musu z mango, czekolady z mango i nugatu z nerkowców


Zotter lubi się z mango. Miałam okazję próbować już kilku jego czekoladowych interpretacji tego owocu: niebanalnej Mango mit Maracujatrauben, uroczej Yummy! Meals for Schools, zawadiackiej Cheeky Fruits, orzeźwiającej Mango Tango, no i niedawno: żywiołowej Mango and Mace. Obok tej ostatniej, wśród nadziewanych nowości (odsyłam na foodieshop24.pl) pojawiła się jeszcze jedna propozycja z mango - Mango Preda. I to właśnie ją chcę Wam dzisiaj zaprezentować.

 Najpierw jednak wypada wyjaśnić, czy tak w ogóle jest Preda. Otóż, to filipińska organizacja zajmująca się ochroną praw dzieci. Po szczegóły odsyłam na www.preda.org. Ostatnio Preda obchodziła 40-lecie istnienia. Z tej okazji Zotter postanowił wspomóc organizację swoim produktem. A że na Filipinach rosną jedne z najlepszych mango na świecie, wszystko można pożenić z owocową czekoladą.


W zasadzie, Mango Preda jest uproszczonym, uładzonym wydaniem Mango and Mace. Nadzienie stworzone zostało z jednolitego ganaszu, na który składa się mus z mango, czekolada z mango i nugat z orzechów nerkowca. Pokryto je delikatną mleczną czekoladą o 40% zawartością kakao. Niewątpliwie, Mango Preda bez oporów poleciłabym w ciemno osobom preferującym łagodniejsze smaki, także dzieciom.


Jakże może pachnieć jaka kompozycja, no jak? Soczystość mango przeplata się z rześkością jogurtu oraz głębią dobrej mlecznej czekolady. Gdzieś w tle pojawia się delikatny akcent orzechów nerkowca, naprawdę bardzo subtelny. Kolor nadzienia jest intensywnie żółty, tak jak w Mango and Mace podbarwiony kurkumą. Czekolada przedstawia się niezwykle soczyście.

Mleczna kuwertura w istocie jest bardzo delikatna, aksamitna, tłuściutka. To po prostu bardzo dobra mleczna czekolada - łagodna, wyraziście mleczna, ale niepozbawiona kakaowego uderzenia. Z nadzieniem zgrywała się bardzo spójnie, zupełnie z nim nie walcząc - obie części Mango Preda są po prostu bardzo spokojne.



Nadzienie nieco mnie zaskoczyło. Po energetycznej, pełnej wrażeń Mango and Mace byłam ciekawa, jak ganasz z mango i nerkowców spisze się solo. Bardzo, ale to bardzo mocno odznaczył się smak białej czekolady z mango. Specyficzny posmak klasycznej owocowej czekolady od Zottera w pełni zdominował nadzienie, niosąc ze sobą także kwaskowatą jogurtową nutę. Czułam się, jakby duży dysk z Mango Tango przemieniono w ganasz. To był niemalże kubek w kubek ten sam smak.

Rześkość samego musu z mango zeszła tym samym na dalszy plan. Wprawdzie pojawia się on ze swym soczystym orzeźwieniem, niczym konfitura domowej roboty ze świeżych owoców - ale to biała czekolada z mango gra pierwsze skrzypce, łagodząc na maksa całą kompozycję. O dziwo, bardzo trudno mi było w tym wszystkim zidentyfikować nerkowce. Paradoksalnie mam wrażenie, że w zamieszaniu Mango and Mace łatwiej mi było je odnaleźć.



Mango Preda to przyjemna, prosta czekolada, o ganaszu posiadającym konsystencję gładkich lodów. Nie mam jednak wątpliwości, że w tym wypadku bez zastanowienia wybiorę ostrzejsze wrażenia - to Mango and Mace jest tabliczką w moim stylu. Nie mniej jednak dobrze, że powstała również Mango Preda. Niech będzie ona smaczną alternatywą dla tych, których wyborny chaos Mango and Mace mógłby przytłoczyć. Nie wiem tylko po co producent wspomina na opakowaniu o chili, które moim zdaniem nie miało tu zupełnie nic do powiedzenia.

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, puree z mango, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, syrop cukru inwertowanego, suszone mango, pełne mleko, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka, orzechy nerkowca, koncentrat soku cytrynowego, lecytyna sojowa, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), słodka serwatka w proszku, sól, kurkuma, wanilia, pełny cukier trzcinowy, chili bird's eye.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 505 kcal.
BTW: 3,9/32/51

sobota, 18 lutego 2017

Republica del Cacao Colombia ciemna 75% i ciemna 75% z kawą


Przy recenzji Republica del Cacao Colombia Tree Tomato opisałam już całą historię związaną z zakupami na stoisku Republica del Cacao na lotnisku w Bogocie. Na neapolitanki, które dzisiaj chcę Wam przedstawić, wydałam swoje ostatnie pesos. Pamiątką będzie dla mnie woreczek stanowiący opakowanie sześciu czekoladek (po trzy z dwóch rodzajów) oraz większa torebka, do której za propozycją sprzedawcy nasypałam próbek czekolady z tamarillo (zapewne nieco zwietrzałych). Obie torebeczki możecie zobaczyć na zdjęciu powyżej, zaś poniżej - sam pakuneczek z czekoladowymi skarbami...


...trzy 5-gramowe tabliczki ciemnej czekolady z 75% zawartością kolumbijskiego kakao oraz trzy analogiczne, wzbogacone o nibsy z kolumbijskiej kawy. Degustację rozpoczęliśmy od wersji bez dodatków. Z góry przepraszam Was za jakość poniższych zdjęć, ale do naszych neapolitanek zasiedliśmy wieczorem, przy niezbyt korzystnym sztucznym oświetleniu.


Przy wersji z tamarillo w odkryciu prawdziwego ducha kolumbijskiej czekolady od Republica del Cacao przeszkadzały mi: 1) twarde, przesuszone kawałki tamarillo; 2) starość próbek, które trochę już musiały poleżeć na sklepowej wystawie. Tym razem już nic nie miało mi zaburzyć delektowania się czekoladkami o bardzo ciemnej barwie. Pachniały bardzo intensywnie, mieszanką licznych soczystych owoców oraz świeżo palonej kawy. Woń zwiastowała mocne wrażenia...


...ale czegoś takiego się nie spodziewałam. Położona na języku kostka poczęła gładko rozpuszczać się, po chwili zajmując całe usta niewypowiedzianie aksamitnym i gęstym błotkiem. Czekolada dosłownie wdzierała się w każdy zakamarek buzi, uderzając tym samym do głowy - pulsując intensywnością w mózgu i krwi. Najpierw poczułam się, jakbym jadła dopiero co przyrządzony mus z soczystych jabłek, potem do gry wkroczyły na chwilę cytrusy, ale prędko zostały przytłoczone przez wyrazistą kawową paloność.


W tej czekoladzie gorycz i słodycz stały na tym samym poziomie, co dało naprawdę spektakularny efekt. Kawowo-karmelowa goryczka osiągnęła wysoki pułap, nadając tabliczce wyjątkowej mocy. Wszystko spowite było jednak mleczno-owocową słodyczą, a niebywały aksamit czekolady jeszcze tylko potęgował doznania. Zalewający umysł czekoladowy likier robił to tym skuteczniej, gdyż czekolada zdawała się być... gorąca. Tak, jak w niektórych tabliczkach odnaleźć można chłodzący efekt kakao, tak tutaj coś doprowadzało nas do wrzenia. Kakao musiało mieć w sobie akcenty chili i korzennych przypraw, bowiem degustacja niosła ze sobą wrażenie picia gorącej, gęstej czekolady.

 Niezwykle "inwazyjne" wypełnianie ust czekoladowym aksamitem, zestawienie intensywnych smaków oraz niesamowity efekt rozgrzewający sprawiają, iż kolumbijską 75-tkę od Republica del Cacao przyrównać mogę do namiętnego, gorącego, dłuuuugiego pocałunku. Takiego, który momentalnie uderza do głowy. Takiego, którego czuje się całym ciałem. Takiego, podczas którego wszystkie zapachy, wszystkie drobne smaczki - odczuwamy o wiele intensywniej. Aksamit ust, ciepło języka, zapach mężczyzny... Gorrrąco! Ah! Cóż to była ze czekolada! I tak... tak szybko się skończyła, odeszła niczym senne marzenie...


...ale przecież czekała na nas jeszcze wersja z kawą! Uhh, pachniała tak cudownie jak poprzedniczka, tylko jeszcze mocniej - wyraźny bukiet prawdziwej kolumbijskiej kawy uwodził swym nieopisanym pięknem.


Kawę zatopiono w czekoladzie w formie naprawdę maleńkich drobinek prażonych ziaren. Było ich na tyle dużo, by czuć bez przeszkód ich intensywny smak - a na tyle mało, iż nie przeszkadzały w czerpaniu rozkoszy z samej czekolady. Te drobinki były niczym iskierki, frywolne diabełki, które jeszcze to bardziej rozniecały czekoladowy pożar. Smakowały wspaniale, bardzo kwiatowo-owocową kawą, idealnie (nie za mocno) podprażoną. A czekolada... No, czekolada po raz kolejny pokazała, co potrafi. Dokładnie tak, jak w poprzedniczce bez dodatków...


Czekolady degustowałam leżąc w łóżku, z zamkniętymi oczami, poddając się w pełni inwazji doznań, jakie mi zafundowały. Namiętnie i gorąco mnie całowały, skubane... Cóż, te ostatnie pesos zostały wydane w najlepszy możliwy sposób! Szkoda, że nie było mnie już stać na pełnowymiarowe tabliczki... Wtedy od nadmiaru przyjemności prawdopodobnie bym oszalała!


Ciemna czekolada 75%.
Skład: masa kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa.
Masa netto: 3x 5 g.

Ciemna czekolada 75% z nibsami kolumbijskiej kawy.
Skład: masa kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, drobinki prażonej kawy, lecytyna sojowa. 
Masa netto: 3x 5 g.