czwartek, 25 sierpnia 2016

Lindt Creation Sublime Mint ciemna 47% nadziewana kremem migdałowo-mlecznym, sosem miętowym i kruszonym ziarnem kakao


Droga z Górnej Morawy do Jodłowa przebiegała w totalnym spokoju. Słońce chyliło się ku zachodowi, na szlaku nie było nikogo prócz nas. Świerszcze grały niesamowitą symfonię, powietrze pachniało świeżością łąki i lasu. Do auta doszliśmy równo z zapadnięciem zmroku. Aż nie chciało się wierzyć, że rano przemierzając tą samą trasę w drugą stronę byłam dosłownie wściekła. Teraz zrelaksowałam się na maksa... Chłonęłam każdą sekundę. To jeden z tych dni, w których z każdej chwili wyciska się wszystkie soki. Jadąc z Jodłowa na nocleg do Międzylesia, pośród ludzkich osad położonych w samiutkim lesie, w jednej z nich odbywała się wiejska impreza z DJ-em na świeżym powietrzu. To wyglądało wręcz irracjonalnie. Do naszego pensjonatu dotarliśmy równo o dwudziestej drugiej. Właściciel tylko przekazał nam klucze, polał w barku campari i już zaszyliśmy się w pokoju, zaraz po prysznicu i szklaneczce campari zapadając w błogi sen.



W niedzielę 24 lipca czekał nas powrót do domu. Nie mieliśmy jednak zamiaru tak po prostu zwinąć manatków, ponieważ dysponowaliśmy jeszcze odrobiną czasu. Postanowiliśmy zwiedzić Twierdzę Kłodzko. Weronika wprawdzie kiedyś już tam była, jednak mój Mąż i ja postanowiliśmy nie odpuścić - wiele razy byliśmy w Kłodzku przejazdem, za czasów bez samochodu było ono naszym częstym punktem przesiadkowym - a nigdy nie było okazji zwiedzić największą atrakcję miasta. Po zakupieniu biletów czekaliśmy na wejście naszej grupy, a czekanie umililiśmy sobie kawą i czekoladą.


Lindt Creation Sublime Mint (100 g) otrzymałam od Mamy na Dzień Dziecka. W dobie redukowania przez Lindta gramatury tabliczek Creation byłam przekonana, że jest to po prostu odmieniona wersja niegdyś próbowanej Lindt Creation Mint Supreme (150 g). Po porównaniu składów okazało się, że jednak są to dwa różne produkty, nie różniące się jedynie opakowaniem i rozmiarem.

Sublime Mint charakteryzuje się niską zawartością kakao tj. 47% (podobnie jak większość tabliczek Excellence), zaś Mint Supreme była solidną siedemdziesiątką. No, może nie do końca taką solidną - w jej składzie wysoko plasowało się  odtłuszczone kakao w proszku, którego na szczęście nie uświadczymy w Sublime Mint. Pomimo niższej zawartości ogólnej masy kakaowej Sublime Mint ma krótszy i odrobinę przyjaźniejszy skład. W obu wypadkach nadzienie składa się z dwóch warstw - miętowego musu i migdałowego-mlecznego kremu, jednakże w Sublime Mint dodatkowo zatopiono w białej części drobinki kruszonych ziaren kakao. W obu przypadkach mięta występuje jako naturalny aromat miętowy (to nie Zotter, suszków i olejków nie uświadczymy...).



Zapach Sublime Mint jest zachęcający, naprawdę przyjemny. Nie cechuje się przytłaczającą wonią czekoladek miętowych. Zamiast tego niesie ze sobą miły poniuch świeżości, położony na zwyczajnej (lecz smacznej), soczystej czekoladzie deserowej. Ten nieprzekombinowany aromat wydaje się apetyczny w swej prostocie. Po przegryzieniu kostki i obnażeniu jej wnętrza dostrzegamy, iż pod średniej grubości warstwą czekolady kryje się dwuczęściowe nadzienie - u góry mamy cieńszą warstwę zabarwionego chlorofilami miętowego musu, zaś na dole plasuje się gruba połać mazistego kremu na bazie mleka i migdałów. To właśnie w tym ostatnim miejscami możemy dojrzeć bardzo drobne plamki kruszonych ziaren kakao.

 Dawno już nie jadłam Lindta, a ta czekolada dała mi sporo prostej radości i przypomniała mi, dlaczego niegdyś Lindt był moją ulubioną marką. Czekolada pomimo niskiej zawartości kakao była najzwyczajniej w świecie smaczna, przyjemne tłusta i słodka, z wyraźnym soczystym kakaowym zacięciem. Miętowy akcent był wyraźny, ale nieprzesadzony. Wprawdzie nie była to boska herbaciana miętowość, do cna autentyczna, tak jak w miętowych Zotterach - ale i tak swobodnie mieściła się w moich granicach tolerancji dla miętowych słodyczy. Lekkie miętowe perfumy doskonale leżały na skórze z deserowej czekolady. Sam mus był przyjemnie soczysty w swej strukturze, nie wylewał się i nie zalepiał. Nazwa produktu idealnie do niego pasuje.


Biały krem na całe szczęście bazował na maśle, a nie ma tłuszczu palmowym. Lindt lubi mieć wyskoki z tłuszczem palmowym, na szczęście powstrzymał się od nich przy Sublime Mint. Tłuste, przede wszystkim mleczne w smaku nadzienie, ma w sobie jedynie lekki migdałowy akcent, dodatkowo podparty wanilią (bleh, niestety waniliną...). Pomimo znacznej grubości odchodzi na trzeci plan za wiodącymi prym czekoladą do pary z miętą. Myślę, że główną rolą tej warstwy nadzienia było stanowienie nośnika dla kruszonego ziarna kakao. Wprawdzie owe nibsy były niezwykle mikre i w gruncie rzeczy nieliczne, ale świetnie urozmaicały kompozycję. Dopełniały soczystości kompozycji, wzmacniając ją o dodatkowe kakaowe nuty.

Sublime Mint świetnie komponowała się z kawą, a dzięki swej świeżości dobrze sprawdziłaby się na szlaku w ciepły dzień. Przyznam, że podchodziłam do tej degustacji jak pies do jeża, ale jednak zostałam miło zaskoczona. Fajerwerków nie otrzymałam (za dużo już pojadłam lepszych czekolad, żeby Lindt mógł mi takowe zafundować), ale z zadowoleniem sięgałam po kolejne kostki. Jeśli nie boicie się mięty, bez obaw sięgajcie po tą czekoladę (a na półkach sklepowych widują ją dość często).


Spacer po Kłodzku.

W korytarzu kontrminerskim.

Dawny szpital.

Panorama Kłodzka widziana z murów Twierdzy.


Co zaś z Twierdzą Kłodzko? Jej zwiedzenie polecam wszystkim, tak jak zresztą w ogóle odwiedzenie Sudetów i eksplorowanie ich tajemnic. Sudety pełne są zagadek i ciekawostek. Nie trzeba być wcale fanem gór by doskonale bawić się w Sudetach. To kopalnia historycznych rewelacji. Zapraszam serdecznie! Zwiedzanie Twierdzy Kłodzko podzielone jest na dwie części: podziemną i naziemną - każda niesie ze sobą moc wrażeń i wiele ciekawych opowieści.

Na zwiedzenie niedawno otwartych korytarzy podziemnych pod Kłodzkiem już zabrakło nam czasu... Ale co się odwlecze to nie uciecze!




Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, mleko w proszku, cukier inwertowany, syrop glukozowy, migdały, sorbitol, laktoza, kruszone ziarno kakao 0,8%, lecytyna sojowa, naturalny aromat miętowy, chlorofile, chlorofiny, wanilina.
Masa kakaowa min. 47%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 543 kcal.
BTW: 4,8/34/51

wtorek, 23 sierpnia 2016

Zotter Coconut biała kokosowo-ryżowa


Po zdobyciu Śnieżnika zeszliśmy na stronę czeską, do ruin dawnego schroniska. Nad cudnym widokiem rozpościerającym się spod jego stóp górowała figurka słoniątka, czy też właściwie mamuciątka. Dalej na przełęczy Stribnicka obraliśmy niebieski szlak, który powiódł nas na grzbiet masywu, z którego swobodnie mogliśmy obserwować pierwszą połowę naszej trasy (całość do prześledzenia tutaj). W całej okazałości ukazywały się nam również Jesioniki, w których wraz z Mężem gościłam w maju dwa lata temu. Kulminacyjnym punktem tej części wędrówki był szczyt Susina 1320 m n.p.m., co po czesku oznacza śliwkę. To niesamowite, jak po oddaleniu się od Śnieżnika zmalała ilość mijanych osób, niemal do zera... W pełni mogliśmy napawać się spokojem gór.


Chata Babuse to drewniany domek z miejscem do palenia ognisk, jaki napotkaliśmy podczas drogi z Susiny w stonę Dolnej Morawy. Przysiedliśmy na ławce, urządzając sobie przerwę na kolejną degustację. Oto właśnie przyszedł czas na kokosowe porównanie możliwe dzięki foodieshop24.pl, o którym wspominałam przy recenzji Zotter Coconut Nougat.

Tym razem sięgnęliśmy po kokosową czekoladę z serii Labooko. W tym wypadku również jest to czekolada biała, jednak z przeciwieństwie do Coconut Nougat, ta została klasycznie dla Zottera posłodzona surowym cukrem trzcinowym. Ponadto, Labooko Coconut to wyrób w pełni wegański - mleko w proszku zostało zastąpione proszkiem ryżowym. Udział kokosa w całości wynosi 15%, a więc o 3% mniej niż w poprzedniczce (oczywiście nie wliczałam do tego zestawienia cukru z kwiatów palmy kokosowej zastosowanego w kokosowym Nougsusie). Producent wyszczególnił, iż tłuszcz kakaowy użyty w Labooko Coconut wywodzi się z Dominikany.



Dwie tabliczki, każda po 35 g, rozdzieliliśmy po równo między trzy osoby. Były one zdecydowanie jaśniejsze niż Coconut Nougat, pozbawione apetycznego karmelowego zabarwienia - zamiast tego przybrały odcień bieli przypominający ryżowy kleik na mleku. Całość pachniała przede wszystkim kokosowo, ale w sposób bardziej delikatny niż Nougsus - było to raczej mleko kokosowe, a nie miąższysta kokosowa pulpa. W aromacie da się wyczuć ślad mleka roślinnego, który jednak w połączeniu z kokosem sprawia iluzję autentycznej mleczności.

Struktura czekolady jest również gładka, bez śladu wiórków kokosowych - wszystko zostało spójnie wkomponowane z kakaowo-ryżową masę. Czekolada jednak rozpuszcza się w ustach toporniej niż Nougsus, z pewnym gumowatym zacięciem. Przez sam początek degustacji Labooko Coconut smakowała mi bardziej niż Coconut Nougat - wszystko wydawało się bardziej esencjonalne, mniej słodkie, dopełnione posmakiem ryżu. Jednakże po paru kęsach moje wrażenia obrały zupełnie przeciwny tor.



Im dalej w las, tym czekolada coraz bardziej męczy, wydaje się być wręcz sztuczna. To, co na początku wydawało się być wyważoną słodyczą, okazuje się być mdłością. Intensywny z początku kokos odchodzi z czasem na daleki plan, oddając miejsce ryżowi. Ryżowy posmak narasta w buzi w sposób syropowaty, wręcz lekowy - chyba podkręcony jeszcze przez udział cytryny. Miałam wrażenie, że z czasem pozostała już sama, mało naturalna słodycz, irytująca - niczym chamski lukier z badziewnego weselnego tortu.

W Coconut Nougat już samo słodzidło wnosiło do kompozycji bogactwo. Tutaj z każdym kęsem czekolada przytłacza, męczy, staje się coraz bardziej nijaka, wszystkie smaki zlewają się w mdło-bylejaki twór. W pełni zgadzam się z Kimiko i Czoko, iż tej czekoladzie sporo brakowało do kokosowego ideału. Dziewczyny, w ramach rekompensaty koniecznie sięgnijcie po kokosowego Nougsusa! Cóż, Zotter lubuje się w produktach ekologicznych, bezglutenowych, wegańskich... Labooko Coconut jest jednak doskonałym przykładem na pozornie turbo-fit produkt, który okazuje się po prostu mało smaczny. Z tej kategorii zotterowskich czekolad zdecydowanie bardziej polecam genialną Cheeky Fruits.



Po opuszczeniu Chaty Babuse, nieusatysfakcjonowani niezbyt smaczną czekoladą, przestawiliśmy całkowicie swoją percepcję na napawanie się kolejnymi widokami, które się przed nami otworzyły. Zbliżaliśmy się do szczytu Slamnik ze stokami narciarskimi, na którego zbocze wiodła kolejka krzesełkowa. z tego powodu, w tamtym miejscu znów roiło się od turystów.



Zaskoczeniem było dla nas odkrycie, czym tak naprawdę jest tajemnicza konstrukcja, którą obserwowaliśmy w dali przez cały dzień, postawiona właśnie na zboczy Slamnika, tuż nad Dolną Morawą. To unikatowa wieża widokowa "Ścieżka w chmurach" o wysokości 55 metrów. Można na nią wjechać nawet wózkiem inwalidzkim, a dla śmiałków droga w dół prowadzi zjeżdżalnią.









Ponieważ spacer Ścieżką w Chmurach zajął nam nieco nadprogramowego czasu, po szybkiej kawie i zupie w okolicznym barze zjechaliśmy do Dolnej Morawy kolejką krzesełkową, obserwując Trójmorski Wierch od drugiej, czeskiej strony. Z turystycznej miejscowości maszerowaliśmy w stronę Horni Moravy, gdzie rano obieraliśmy azymut na Trójmorski Wierch...

Slamnik widoczny z podejścia do Górnej Morawy.

Skład: tłuszcz kakaowy, surowy cukier trzcinowy, proszek ryżowy (ryż, woda, olej słonecznikowy, sól), syrop glukozowo-fruktozowy, wiórki kokosowe 11%, proszek kokosowy 4% (mleko kokosowe, maltodekstryna), proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana), sól, wanilia, lecytyna słonecznikowa.
Masa netto: 70 g (2x 35 g).
Wartość energetyczna w 100 g: 542 kcal.
BTW: 1,1/40/43

niedziela, 21 sierpnia 2016

ki'Xocolatl mleczna z nibsami kakaowymi


Maszerując z Trójmorskiego Wierchu w stronę Śnieżnika spotkaliśmy bardzo mało turystów, więc ich ogrom przy schronisku pod Śnieżnikiem porażająco nas przytłoczył. Planowaliśmy zatrzymać się tam na kawę, lecz długa kolejka do baru skutecznie nas od tego odwiodła. Przyjemnie było jednak zobaczyć, iż schronisko od czasu mojej ostatniej wizyty w 2011 roku zostało wyremontowane. Ruszyliśmy od razu na Śnieżnik (1425 m n.p.m.). Na szlaku ludzi było również sporo, mało kto wybierając się na ten piękny szczyt planuje przy okazji dłuższą trasę tak jak my.



Ten spiczasty szczyt po prawej to zdobyty wcześniej Trójmorski Wierch.

 W końcu byliśmy na górze - na szczęście wierzchołek Śnieżnika jest dość wypłaszczony, więc nawet znaczna liczba ludzi nie będzie się tam tłoczyć. Każdy może znaleźć miejsce dla siebie, gdzie będzie mógł w spokoju pokontemplować widoki. A te są rozległe i imponujące - widać jak na dłoni m.in. Góry Bialskie czy Jesioniki. Brakuje mi na Śnieżniku tablicy z opisem panoramy, jaką spotkałam chociażby na Wielkiej Raczy. Pomimo tego, iż byłam na Śnieżniku drugi raz, dopiero teraz mogłam w pełni napawać się krajobrazem aż po daleki horyzont. W listopadzie 2011 znajdowaliśmy się ponad wiszącymi w dole chmurami, spod których wystawały jedynie wierzchołki najwyższych szczytów znajdujących się wokoło. Tamta aura również miała swój urok, ale nic nie zastąpi przejrzystego powietrza w górach!





Usadowiliśmy się na trawie z widokiem na stronę czeską, którą to zaraz mieliśmy podążać dalej. Z plecaka wyjęłam kolejną pamiątkę z lutowej wyprawy do Meksyku. Była to ostatnia już posiadana przeze mnie tabliczka ki'Xocolatl - rzemieślniczej manufaktury czekolady używającej ziaren Criollo z Półwyspu Jukatan. Żaden z poprzednio próbowanych wyrobów tej firmy mnie nie zachwycił, a więc nie łudziłam się, że tym razem będzie inaczej.


80-gramowa tabliczka została tradycyjnie podzielona na kostki przypominające azteckie budowle. Tym razem mieliśmy do czynienia z czekoladą mleczną, o 36,6% zawartości meksykańskiego kakao. Tabliczkę wzbogacono w nibsy kakaowe, które już na pierwszy rzut oka zdają się występować w bardzo dużej ilości. Upstrzyły cały spód czekolady, a przekroju również rzucały się w oczy - mniejsze i całkiem spore. Dzięki licznej obecności czekolada nabrała w przekroju "napowietrzanej" struktury, podobnie jak w Vanuato Ka Kaw z amarantusem - i nie za bardzo mi się to podobało.


Mnogość nibsów o różnorakiej wielkości sprawiła, że bardzo trudno było wyodrębnić samą czekoladę. Wynotowaliśmy jej śmietankowość (tak, zdawała się być bardziej śmietankowa niż klasycznie mleczna), dość znaczną słodycz i... przeciętność. Nic ciekawego się nam nie narzucało, a nawet jeśli czekolada miała w sobie jakieś charakterystyczne nuty, to nibsy nie pozwalały ich wyczuć.



Same nibsy było bowiem dość intensywne w smaku. Charakteryzowały się znaczną soczystością, mocną ziemistością. Niosły ze sobą bardzo specyficzny ziołowo-piołunowy posmak, który natychmiastowo przypomniał mi o unikatowych czekoladach Marii Tepoztlan. W zasadzie to wolałabym już, żeby ta ki'Xocolatl przemieniła się w nibsy oblane czekoladą - wydaje mi się, że przyjemniej by mi się jadło. 

Po paru kostkach nie wiedziałam już, czy to nibsy przeszkadzają mi w odbiorze czekolady, czy też odwrotnie. Meksykańskie ziarno samo w sobie było na tyle wyraziste, że aż nie chciało mi się wierzyć, iż czekoladę wytworzono również na jego bazie. Tu mleczna czekolada po prostu poddańczo chyliła się pod mocą prawdziwego kakao. To nie była degustacja pokrzepiająca zmysły, raczej niosła ze sobą odrobinę irytacji...


Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, nibsy kakaowe, wanilia, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 36,6%.
Masa netto: 80 g.

piątek, 19 sierpnia 2016

Zotter Coconut Nougat biały nugat z kokosa


To miał być szybki wyskok w góry na weekend: mój Mąż, Weronika i ja. Koło trzeciej w nocy z soboty na piątek wyspani mieliśmy wskoczyć do auta, by z rana pojawić się na szlaku Masywu Śnieżnika. Jeden dzień trekkingu, by w niedzielę na powrocie zwiedzić Twierdzę Kłodzko. Piękny plan na szybkie zaspokojenie górskiego głodu, ale niemal wszystko sprzymierzyło się przeciwko nam. Mój Luby utknął w rodzinnej miejscowości - najpierw pociąg zepsuł się i został odwołany, a pod kolejny po ledwo kilkunastu minutach jazdy rzucił się samobójca. Musiałam pojechać po Ukochanego samochodem, przez co spać położyliśmy się jedynie na godzinę. Na szczęście Weronika spała więcej niż my i była w stanie prowadzić. My wtuleni w siebie drzemaliśmy na tylnym siedzeniu.


Po dziewiątej 23 lipca wyruszyliśmy na szlak z wioski Jodłów, położonej wśród lasów Masywu Śnieżnika. Wraz z Mężem byłam już w Masywie Śnieżnika jesienią 2011 roku, ale podczas tej wyprawy mieliśmy powtórzyć jedynie część przebytej wtedy drogi. Dopełnieniem pecha była moja awaria telefonu i dostanie miesiączku tuż po wejściu na żółty szlak w stronę Trójmorskiego Wierchu. Zamiast napawać się widokami i piękną pogodą byłam wściekła... Na szczęście wytrwały marsz pod górę i wsparcie towarzyszy odgoniły wszystkie złości. Byłam przecież w górach! Przed nami cudna pętla do zrobienia, przy wspaniałej widoczności - czego chcieć więcej? Schemat naszej trasy znajdziecie tu.


Trójmorski Wierch liczący 1145 m n.p.m. był pierwszym szczytem na naszej trasie. Jest to wyjątkowe miejsce - zbiegają się na nim zlewiska trzech mórz: Bałtyckiego, Północnego i Czarnego. Wierzchołek zdobi 25-metrowa wieża widokowa, z której rozciąga się rozległy widok, m.in. na całą drogę, jaką mieliśmy do przejście tego dnia. Poniżej możecie obejrzeć zdjęcia, jakie wykonaliśmy na wieży.


Widok w stronę Śnieżnika.

Czeski masyw ze szczytem Slamnik - tędy czekał nas powrót.




Po zejściu z wieży widokowej rozsiedliśmy się w ustronnym miejscu na kamieniach, gdzie raczyliśmy się campari z sokiem pomarańczowym (ja w szczególnie dużych ilościach, co by uśmierzyć moje kobiece bóle - efekt był szybki). Postanowiliśmy sięgnąć też po odrobinkę czekoladowej słodyczy. Zaproponowałam kolejną zotterowska tabliczkę z serii Nougsus, zakupioną oczywiście dzięki foodieshop24.pl. Tym razem w roli głównej występował kokos (po próbowanych wcześniej migdałach, sezamie i orzechach laskowych).


Coconut Nougat stanowi wyjątkową pozycję w kolekcji Nougsus co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, jego bazę stanowi biała czekolada (we wszystkich wcześniej próbowanych Nougsusach była ona mleczna). Przyznam, że po jej zakupie w ogóle nie zwróciłam na ów fakt uwagi i dopiero rozpakowanie tabliczki przyniosło zaskoczenie. Do końca wydawało mi się, że ponownie będę mieć do czynienia z mleczną czekoladą. Nieco się zawiodłam, ale cóż, zawód nie miał trwać długo. Po drugie, Coconut Nougat jest słodzony cukrem z kwiatów palmy kokosowej, znanym chociażby z czekolad Surovital. Poprzednie Nougsusy zawierały surowy cukier trzcinowy, tak jak zresztą niemal wszystkie Zottery.


Nasz nugat posiadał przyjemny karmelowy odcień bieli i pachniał po prostu bosko. Charakteryzował się naprawdę bardzo mocnym, czysto kokosowym aromatem, z mleczną nutą, coś jak milion razy lepsze Bounty. Już po podziale na kawałki zauważyliśmy, że wiórki kokosowe zostały przerobione na gładką masę i wtopione w środek, toteż antyfani wiórków mogą bez obaw sięgać po tę czekoladę.

Pierwszym wrażeniem smakowym była niestety turbo słodycz. O ile w Hazelnut Nougat była ona na tyle duża, że przytłaczała orzechy, tak tutaj słodycz zachowuje się zupełnie inaczej. Przypuszczam, iż jest to zasługa cukru z palmy kokosowej. Powalająca na początku słodycz po chwili przemienia się w coś palonego, cudownie karmelowego, z pewnym zadziwiającym, jakby grejpfrutowym akcentem. Owa karmelowość idealnie komponuje się z wyrazistym, autentycznym kokosem, który wraz ze świeżym tłustym mlekiem i dobrze wyczuwalną wanilią tworzy wspaniałą kompozycję.



Kokosowe szaleństwo gładko rozpuszcza się w buzi i bardzo szybko znika... To jeden z tych Zotterów, którego z chęcią dysponowałabym jeszcze większą ilością (a Nougsusy mają tylko 50 g...), zwłaszcza w górach - tu słodycz nie stanowiła tak dużego problemu zwłaszcza, jeśli koniec końców przepięknie się przemieniła w karmelowo-kokosowy romans. Pozycja konieczna do wypróbowania dla fanów kokosa - a tego dnia mieliśmy ją jeszcze porównać z inną kokosową czekoladą od Zottera. Ale o tym już wkrótce...



Z Trójmorskiego Wierchu, rozluźnieni i uśmiechnięci, ruszyliśmy w stronę Śnieżnika zdobywając Goworek i Mały Śnieżnik. Na Śnieżniku planowaliśmy kolejną czekoladową degustację...

Skład: odtłuszczone mleko w proszku, cukier z kwiatów palmy kokosowej 24%, tłuszcz kakaowy, wiórki kokosowe 18%, wanilia, lecytyna sojowa.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 549 kcal.
BTW: 13/36/40