piątek, 19 stycznia 2018

Manufaktura Czekolady Johe ciemna Nikaragua 70%


Pierwszą czekoladą zjedzoną w Nowym Roku 2018 stała się jedna z najnowszych propozycji naszej rodzimej Manufaktury Czekolady. Johe jest odmianą kakao Criollo uprawianą w Nikaragui. W zeszłym roku Manufaktura Czekolady zdecydowała się wypuścić dwie tabliczki z odmiennych rodzajów kakao występującego w tym kraju Ameryki Środkowej - współpracując z ekipą Ingemann. Była to właśnie Johe, oraz Nicalizo - obie oferowane w dość limitowanym zakresie - na Nicalizo nie udało mi się w ogóle załapać. Powyższy duet zbierał laury na międzynarodowych konkursach, a dziś opisywana Johe uzyskała srebro Akademii Czekolady. Według producenta, czekolada ma charakteryzować się nutami orzechów, zielonego jabłka, zielonej herbaty oraz ziół. Moją Johe nabyłam na foodieshop24.pl.


Dotąd jedyną próbowaną przeze mnie czekoladą z Nikaragui była wyjątkowa mleczna Nicaragua 50% od Zottera, więc moje doświadczenia z tym kakao są praktycznie żadne. Ciekawe recenzje Johe na blogach Kimiko oraz Commodities Connoisseur także sprawiły, że moja ciekawość wobec tej czekolady była ogromna. Jakże przyjemnie było zobaczyć ten charakterystyczny dla Manufaktury przekrój tabliczki, szorstki i piaskowy. Johe pachniała bardzo głęboko, a ów bukiet aromatów kojarzył mi się z ciemnym lasem i całą plejadą woni roślinnych i ziemistych: egzotyczne drewno, zioła i herbaty, suszone owoce i świeże jabłka, przypalone orzechy. Zapowiadało się bardzo smakowicie, aromat po prostu mnie uwiódł. Pojawiły się tuż kwiaty i mroczne perfumy. Tajemniczo...


Od samego początku ujęła mnie dwoistość tej czekolady. Zdawała się lekka, choć jednocześnie w ustach zachowywała się niczym zmielona kawa zlepiona wilgocią. Surowa w swej wyraźnej proszkowości, mimo wszystko szybko i gładko rozpuszczała się w ustach, pozostawiając wrażenie delikatności. Na pierwszy plan w kwestii nut smakowych wysuwały się niedojrzałe jabłka, dopiero co ledwo nasycone nieśmiałą słodyczą, oraz przyjemne herbaciane ściąganie - jak w dobrej liściastej herbacie (choć trudno mi było jednoznacznie określić czy była to herbata czarna czy zielona, a może jeszcze inna. Smakując dalej skłaniałabym się ku mieszance herbat, suszonych owoców i ziół, na dodatek nieco aromatyzowanej).

 Jakoś niespecjalnie skłaniałam się ku wyłuszczonych przez producenta orzechom. Bardziej doszukiwałam się w Johe aromatycznej ziemi na łące pełnej ziół. Szczególnie na koniec degustacji jabłka i herbacie uległy... rozmarynowi. Wybitnie mi się finisz kojarzył z tym ziołem, czekolada wręcz nabrała syropowo-lekowego posmaku. Im dalej w las, tym z nut suszonych jabłek i herbaty przesuwaliśmy się coraz bardziej w stronę ziół i przypraw - jakiegoś gorącego naparu z nich wykonanego. Wszystko to subtelnie dosłodzone było wilgotnym trzcinowym cukrem i czymś na kształt melasy - może tu można by odnaleźć iluzję orzechów.


Szkoda, że nie dane mi było porównać Johe z Nicalizo - to by było na pewno ciekawe doświadczenie. Liczę na to, iż Manufaktura Czekolady powróci jeszcze z tymi tabliczkami, może włączając je do stałej oferty. Ba, a może wykorzysta jeszcze inne odmiany kakao z Nikaragui, dostępne u Ingemann? Trzymam kciuki, żeby tak się stało. Wszak czekolad wykonanych z kakao z Nikaragui mamy stosunkowo niewiele...


Skład: ziarno kakao z Nikaragui (Criollo odmiana Johe), cukier, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 594 kcal.
BTW: 9,5/38,2/52,3

środa, 17 stycznia 2018

Idilio Origins 4rto Carenero Urrutia Superior ciemna 70%


 W sylwestrowe przedpołudnie miałam zamiar rozpocząć przygodę z serią Premium od Franceschi. Uświadomiłam jednak sobie, że wcześniej warto by było zrobić porównanie z ostatnią próbowaną przeze mnie tabliczką jeszcze z serii Fina, pochodzącej od tej marki. W moich zapasach znajdowała się bowiem czekolada od Idilio Origins, wykonana z Trinitario Carenero z wenezuelskiego regionu Barlovento leżącego w stanie Miranda - a więc z tego samego kakao co Franceschi Carenero 60%. Szwajcarska marka Idilio Origins, z którą dotąd miałam wyłącznie najlepsze wspomnienia, bazuje tylko na wenezuelskim kakao. Cieszyło mnie, że tym razem będę mogła spróbować Carenero w ich wydaniu, i to przy poziomie 70%. Jak już wspominałam przy Franceschi Carenero, kakao z regionu Barlovento znałam wcześniej z Pralus Venezuela Trinitario 75% oraz Willie's Cocoa El Blanco Venezuelan 00. Wszystkie wspomniane w tym akapicie nabyłam w niezastąpionym sklepie Sekretów Czekolady.


Los Urrutia to plantacja w regionie Barlovento, która zajmuje się uprawą ziaren Carenero Superior. Tak właściwie, Carenero to po prostu nazwa dawnego portu eksportowego. Słowo Superior ma być znacznikiem wysokiej jakości - optymalnej fermentacji i suszenia ziaren oraz czystości odmiany. Według producenta, nasza czekolada miała charakteryzować się smakiem świeżych tropikalnych owoców, liczi, wanilii oraz lekką przyprawowością w tle. Podzielona na klasyczne kostki Idilio prezentowała się prosto, jej wyważony łagodny brąz nie był zmącony żadnym osadem - pomimo tego, iż czekolada dość długo czekała w moich zapasach na swoją kolej.

 Podczas wąchania tabliczki ze zdziwieniem stwierdziliśmy, iż pachnie ona dziwną mieszanką lakierowo-farbową, którą znaliśmy już ze wspomnianej Pralus Venezuela Trinitario 75%. W woni było też wiele słodyczy kandyzowanych tropikalnych owoców i naturalnych galaretek z nich zrobionych. Gdy w gliniasty, błooogi i gęsty sposób poczęła rozpuszczać się w ustach, wiedziałam, że Idilio po raz kolejny nie zawiedzie. I już pod względem samej konsystencji, bardzo pełnej, mogłam ocenić ją wyżej niż analogiczną Franceschi.


Dalej przyszła do nas delikatna słodycz tropikalnych owoców. Rzeczywiście przywodziła na myśl liczi, na szczęście nie za mocno, bowiem niespecjalnie przepadam za tym owocem. Dalej to były ponownie galaretki z guawy, jakie jadłam w Kolumbii - już w którejś czekoladzie też je czułam, ale nie mogę znaleźć w jakiej. Naturalne, owocowe galaretki - papaja, mango, brzoskwinia, może trochę dojrzałych gruszek. Nienarzucające się smaki, a jednak o cukierkowym charakterze, niosącym także świeżość landrynek.


Pomimo prostoty smaków, Idilio Carenero była zdecydowanie szlachetniejsza od Franceschi Carenero. Idilio, choć bardzo delikatna, pieściła usta wyważonymi i konkretnymi smakami. Jej łagodna przystępność konsystencji i poukładane spokojne smaki sprawiały, że można byłoby jej zjeść całkiem sporo. Miło było kończyć stary rok z tak dobrą, harmonijną czekoladą. Jak dobrze, że ostatnio kupiłam sporo kolejnych tabliczek od Idilio Origins. Naprawdę lubię tę markę!


Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 80 g.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

La Naya Vietnam Ben Tre ciemna 70%


 Wietnamskie kakao stanowi dla mnie wielką zagadkę. Dotąd w mojej czekoladowej przygodzie miałam do czynienia jedynie z wietnamskimi ziarnami pochodzącymi z regionu Ben Tre w delcie Mekongu. W przypadku degustacji ciemnej i mlecznej Erithaj Ben Tre przekonałam się, iż dodatek mleka przekształca wietnamskie kakao w atrakcyjniejsze dla mnie, wyciągając z niego więcej wyrazistości i nietypowych nut. W mlecznej La Naya Ben Tre 50% zaskoczył mnie wyraźny akcent... boczku, tym ciekawszy, iż występujący pośród pysznych łagodnych nut karmelu i miodu. W mojej kolekcji czekała jeszcze ciemna La Naya Ben Tre (70% zawartości kakao) i mając jeszcze świeżo w pamięci mleczną wersję, postanowiłam po nią sięgnąć pewnego sobotniego wieczoru.


 Moje tabliczki litewskiej marki La Naya zakupiłam za pośrednictwem sklepu Sekretów Czekolady. Zawsze był w nim szczególnie eksponowany prezentowy zestaw czekolad La Naya z dodatkami (pięć tabliczek, których opakowania tworzą jeden obraz - wszystkie były już recenzowane u mnie), ale moje najnowsze doświadczenia z single-origin od La Naya przekonują mnie, że również doskonale nadają się na prezent! Nawet nie wiem, czy nie bardziej... Pasują na chyba jeszcze bardziej elegancki upominek. Zewnętrzna część opakowania jest wyważona i skromna, natomiast środek jest poetycko bogaty. Znów odnalazłam wewnątrz kartonika grafiki związane z nutami smakowymi, które powinno się wyczuć w danej czekoladzie. Jest też piękny opis tych nut oraz samego wietnamskiego kakao. No i karteczka-wkładka o emocjach...


 La Naya kierując się zasadą bean-to-emotion tym razem przyrównuje czekoladę do określenia "sonder". Definiuje je odczucie, gdy pędząc pośród tłumu orientujemy się, że każdy mijany przez nas człowiek ma swoją własną niesamowitą historię - kompleksowe życie pełne emocji, zupełnie takie jak nasze, choć jednocześnie zapewne tak odmienne. To odczucie empatii i braterstwa, jakże ważne w dzisiejszym świecie. Ben Tre 70% ma wraz z obecną w sobie słodyczą i goryczką tworzyć harmonię - tak jak w życiu każdego z nas słodycze i gorycze muszą odnaleźć harmonię, by żyło nam się dobrze.


 Sugerowane przez producenta nuty czerwonych owoców oraz kawy wydawały mi się zbyt oczywiste na Wietnam... Wystarczyło jednak powąchać urokliwie górsko uformowaną tabliczkę, by przekonać się, że tym razem spostrzeżenia producenta będą bardzo trafne. Czekolada przecudnie pachniała kawą, lekko paloną z licznymi owocowymi i kwiatowymi, nieco wilgotną. Jednocześnie zapach sugerował, że odnajdziemy tu całkiem sporo słodyczy. Tabliczka charakteryzowała się dość jasną barwą, niemalże sugerującą obecność mleka - co widać dopiero na ostatnim zdjęciu - cóż, taki urok fotografowania czekolady po zmroku, przy sztucznym świetle.

 Z początku popiół, który jednak prędko przemienia się w bardziej tłustą i gładką, lecz rozpuszczającą się niespiesznie. Od początku słodycz i kwaśność owoców (ze szczególnym naciskiem jednak na kwaśność) przeplata się z subtelną goryczką kawy, jej przyjemną palonością i bukietem. Wyczuwamy cytrynę i grejpfrut, a potem rzeczywiście pałeczkę przjmują czerwone owoce. Pomyślałam o jagodach wprost z lasu, nie do końca dojrzałych czereśniach i malinach. Najbardziej trafnym przyrównaniem owej fuzji kwaśności ze słodyczą zdały mi się jednak truskawki jeszcze częściowo białe, ledwo tylko zaczerwienione u szypułki. Potem  pojawiło się trochę nektarowych, bardziej tropikalnych nut - sok z mango, z marakui. Słodycz chce walczyć z kwaśnością niedojrzałych jagód, która to staje się z czasem nawet bardziej cytrusowa - zataczając tym samym koło, do samego początku.


Ciemna La Naya Ben Tre bardzo, ale to barrrdzo pasowała do towarzystwa kawy, głównie przez zgrywające się z nią kawowe nuty - kęs popity kawą sprawiał wrażenie jedności i wydawało mi się, że kawa wyciągała jeszcze więcej walorów z tej czekolady. Spodziewałam się dziwniejszych nut, nie mniej jednak czekolada okazała się bardzo kompleksowa, wielopłaszczyznowa, a przy tym w pełni harmonijna i urzekająco soczysta w swych smakowych przeplatankach. Nie mogę za to pojąć, jakim cudem w wersji mlecznej mleko tak zmodyfikowało to kakao, że wyczuwaliśmy smak boczku? Tak jak przy Erithaj, powtórzyło się wrażenie, iż Wietnam w ciemnych i mlecznych wydaniach to zupełnie inna bajka. A z ciemną Erithaj, naszą La Nayę łączyły chyba tylko kawowe akcenty... A to Ci Ben Tre! Ładnie mi namieszało w głowie kakao z tego regionu, no ładnie...


Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 60 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 555 kcal.
BTW: 7/41/34

sobota, 13 stycznia 2018

Zotter Almond Nougat + Tonkas mleczna 50% nadziewana nugatem migdałowym i ganaszem migdałowo-mlecznym z ziarnami tonka, miodem i białą czekoladą


Będąc wielką fanką przypraw z gatunku "słodkich" i rozgrzewających (wszelkie korzenie itp.), z ogromną ciekawością podeszłam do kolejnej nowości Zotter Handscooped, która miała w pełnej krasie zaprezentować nam właściwości ziaren tonka. Almond Nougat + Tonkas zakupiłam oczywiście poprzez foodieshop24.pl i nieco nieśmiało sięgnęłam po nią gdy mój nos był nieco przytkany przeziębieniem, z nadzieją, iż choroba nie przeszkodzi mi w odbiorze intensywności aromatów. Na szczęście konsultując się na bieżąco z Mężem wiedziałam, że nic mnie nie ominęło.

Almond Nougat + Tonkas to mleczna czekolada o 50% zawartości kakao, pod którą według producenta ma znajdować się cieniutka warstwa ciemnej czekolady - jak dla mnie w ogóle nic nie wniosła (a zmierzając dalej - jak już mogła całkowicie zastąpić mleczną kuwerturę). Wnętrze tabliczki stanowią dwa nadzienia. Dolne to po prostu nugat z migdałów, zaś w górnym również odnajdziemy migdały, lecz oprócz nich mleko, miód, wanilię, cynamon, no i oczywiście ziarna tonka. Obie warstwy nadzienia delikatnie różnią się strukturą i odcieniami beżu. Połączenie ziaren tonka z migdałami, miodem, cynamonem i wanilią jest o tyle ciekawe, że ponoć ich smak jest podobny właśnie do powyższych smakołyków (dodajmy do tego jeszcze karmel, pieprz oraz gałkę muszkatołową).



Prawdopodobnie nigdy nie miałam okazji jeść żadnej potrawy przyprawionej ziarnem tonka (oprócz Zotter Cardamom + Macadamia, gdzie smak w pełni zdominował kardamon). Jest ono dość rzadkie i drogie jeśli chodzi o naszą kuchnię. Ziarna tonka rosną w strąkach tonkowca wonnego, występującego w Brazylii, Gujanie i Wenezueli. Tak jak cynamon, zawierają w sobie sporo kumaryny. Jeśli chodzi o Europę, bodaj najłatwiej zdobyć je we Francji (gdzie też są dość popularne). Ze względu na swój złożony aromat, olejek w tonka zdobył wielką popularność w produkcji perfum.


Czekolada pachniała w pierwszym momencie drewnianym domem otoczonym licznymi kwiatami, stojącym pośrodku lasu. Po chwili poczułam bardzo mocny zapach lekko przypalonego ryżu z jabłkami, cynamonem i wanilią. Generalnie woń rzeczywiście przywoływała na myśl złożone, apetyczne perfumy. Jeśli chodzi o konsystencję, obie warstwy nadzienia były nietypowo wilgotne, miękkie i łatwo rozpuszczające się. Od samego początku intensywna słodka przyprawowość wraz z ową wilgocią balansowała na granicy obrzydzenia i przesady. Wszystko ze sobą tak śmiesznie się mieszało, iż mój Mąż pomyślał nawet o... smaku świeżo duszonych grzybów leśnych, pachnących jeszcze runem.


Połączenie, które z zasady wydało się proste i zdecydowane, okazało się niestety przekombinowane. Moim zdaniem całość nadzienia mógłby stanowić zwykły nugat migdałowy, bez dodatku miodu, mleka i białej czekolady. Na tej bazie życzyłabym sobie same ziarna tonka, żeby realnie móc poczuć ich moc. Tutaj migdały, miód, cynamon i wanilia zlewają się wraz z tonką. Choć przez całość tabliczki przemawia oryginalność i doza nowości, nie mogłam skupić się na przyprawie, która miała stanowić głównego bohatera. Wolałabym też ciemną czekoladę jako kuwerturę. Tutaj, wraz z mleczną kuwerturą, całość była naprawdę zbyt słodka, co z intensywnymi przyprawami dało efekt przesytu. Zarówno mój Mąż, jak i ja, zjedliśmy po połowie tabliczki i to w zupełności nam wystarczyło. Almond Nougat + Tonkas uratowałby większy umiar.


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, migdały, pełne mleko w proszku, mleko, miód, odtłuszczone mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, masło, pełny cukier trzcinowy, syrop cukru inwertowanego, lecytyna sojowa, sól, wanilia, ziarna tonka, płatki róż, cynamon, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier).
Masa kakaowa min. 50%. 
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 549 kcal.
BTW: 7,8/38/41